Redbulletin - gap year czyli wolność vs korporacje

Mikołaj Lizut
2010-09-07
A A A Drukuj

Mój kumpel, z którym chodziłem do liceum, zaprosił mnie do domuMój kumpel, z którym chodziłem do liceum, zaprosił mnie do domu na bankiet. Ubrałem się elegancko, kupiłem wino i pojechałem pod dobrze znany adres. Stawili się wszyscy z naszej dawnej szajki. Nasze losy po szkole potoczyły się różnie, ale staramy się trzymać ze sobą kontakt. A nasz gospodarz radzi sobie znakomicie. Zawsze był cholernie zdolny. Skończył SGH, w Anglii zrobił MBA, a wypasione korporacje tak go chciały, że mógł urządzić casting na pracodawcę. Wybrał zachodni bank inwestycyjny, dostał świetną pensję, gabinet i klarowną mapę po ścieżce kariery. Człowiek sukcesu! W dodatku związał się ze świetną dziewczyną, do której wzdychało pół Warszawy. Ale na przyjęciu jej nie było. W ogóle było dziwnie Mieszkanie prawie bez mebli, jak na parapetówce, graty popakowane w kartony, alkohol w plastikowych kubeczkach.

- Zaprosiłem was, żeby się pożegnać - oświadczył uroczyście nasz przyjaciel. - Złożyłem w pracy wypowiedzenie. Mieszkanie i samochód sprzedałem. Wyjeżdżam w podróż dookoła świata. A jak wrócę, zostanę piosenkarzem.

Salwom śmiechu nie było końca. Ale kumpel naprawdę wyjechał.

Gap year, czyli przerwę w życiu na włóczęgę młodzież na Zachodzie zna od lat i zażywa niemal masowo. W Polsce to pomysł kaskaderski. Rodzice rozpaczają, partnerzy odchodzą, znajomi stukają się w głowę, a skorporowana brać w szklanych biurowcach wytrzeszcza zdumione gały. Zostawić karierę? Przyszłość? Wydać wszystko na wakacje? Pogrzebać ciężko postawione fundamenty? Wyautować się na własne życzenie? Zabawić się, żeby potem nie mieć do czego wracać? W naszym nowomieszczańskim kraju to wciąż opowieść o zwykłym szaleństwie. Ale, o dziwo, takich ludzi jest coraz więcej.

Im jestem starszy, tym bardziej szlak mnie trafia, że nie miałem swojego gap year. Jasne, trochę jeździłem po świecie, ale nigdy tak bez celu, z taką dozą wolności, bez jakichkolwiek czasowych ograniczeń. Zazdroszczę. Może kiedyś

Lubię patrzeć na backpakerów, trawelersów, włóczykijów, współczesnych nomadów. Na ulicy Koasan w Bangkoku przetacza się ich mrowie. W oczy rzucają się ci, którzy właśnie wysiedli z samolotów. Bladzi europejczycy w czystych, markowych ciuchach i turystycznych butach, obładowani wielkimi kolorowymi plecakami. Po kilku tygodniach podróży wtapiają się w resztę. Ich skóry są spalone, noszą zwiewne, tajskie ciuchy, klapki zamiast butów, szyje i nadgarstki obwieszają koralikami, a plecaki mają zakurzone i wypłowiałe od słońca. Niemal każdy ma w ręku wygnieciony egzemplarz ?Lonley Planet?. Upodabniają się do siebie, trudno odróżnić, kto skąd pochodzi. Po kilku miesiącach zostaje jedynie akcent.

Gdy brakuje kaski na dalszą podróż, pracują w barach, uczą w miejscowych szkołach angielskiego, zastają wolontariuszami za jedzenie i dach nad głową. Albo czekają na wsparcie od rodziców przy placówkach Western Union.

Są takie miejsca, jak Zipolite w południowym Meksyku, Goa w Indiach, Zanzibar w Tanzanii, gdzie w nocy przy ogniskach i barach na plażach ludzie z całego świata godzinami snują opowieści o podróżach, niewiarygodnych przygodach i awanturach.

Dla jednych to długa wycieczka, dla innych ucieczka. Od wyścigu, pieniędzy, kariery, pracy, korporacji, rodziców, małżeństw, koniunktury i sympatii szefa. A nawet jeśli nie są aż tak radykalni, to z pewnością uciekają od mainstreamowego przemysłu turystycznego, wypasionych wczasów all inclusive, od spoconych grubasów prażących się nad basenami i ich wrzeszczących dzieci. Co prawda mój doświadczony przyjaciel jest zdania, że także backpakerzy także uprawiają rodzaj turystyki stadnej i między bajki można włożyć dyrdymały o wtapianiu się w miejscowe kultury. Jednak dla mnie włóczęga to dużo szlachetniejsza forma zwiedzania świata.

Po jakimś czasie niemal wszyscy wracają. Wskakują w garniturki i zanurzają się w życie sformatowane. Mój kumpel też wrócił po roku. Wrócił trochę inny, odmieniony. Ale niczego nie stracił. Wielkie korporacje wciąż witały go z otwartymi rękami. Niestety nie został piosenkarzem.


Mikołaj Lizut


źródło: Redbulletin

Podziel się

  • The Black Keys w Radiu Roxy!

    Amerykański zespół prosto z Ohio zagości na cały dzień w Radiu Roxy.
    Przez cały dzień będziemy słuchać nie tylko najnowszej płyty, ale także starszych kawałków. Do zgarnięcia najnowsze muzyczne dziecko chłopaków z Akron w Ohio "El Camino"!

  • Gypsy and the Cat "TIME TO WANDER"

    Gypsy and the Cat to australijski popowy duet 21-latków: Lionela i Xaviera.

  • We Have Band "WHERE ARE YOUR PEOPLE"!

    Pierwszy raz usłyszano o nich pod koniec 2008 roku, gdy wydali dwa pierwsze single "Oh!" i "Came out".

  • Neon Trees " EVERYBODY TALKS "

    Poprzedni, debiutancki album tego amerykańskiego kwartetu spotkał się z dobrym przyjęciem zarówno ze strony krytyków jak i zwykłych zjadaczy chleba kupujących płyty z muzyką rockową.

  • Tajemnicza MARY KOMASA w Roxy

    Drobna, filigranowa postać obdarzona zaskakującym głosem. W tym głosie ukryte echo jej wielkich idoli: Billie Holliday, Cheta Bakera, Janis Joplin, Elvisa Presleya, Etty James, Judy Garland...

Kolekcja Najmniejszych Koncertów Świata

Kolekcja jedenastu ekskluzywnych występów na scenie Radia Roxy